EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT
tik tok

Nigdzie w Europie klasa robotnicza nie jest trzymana na tak krótkiej smyczy. Wywiad

Nigdzie w Europie klasa robotnicza nie jest trzymana na tak krótkiej smyczy. Wywiad

Czas przestać karać ludzi za spontaniczne strajki w Polsce. Ustawa z okresu stanu wojennego robi z Polski zagłębie taniej siły roboczej dla UE. Publikujemy wywiad z Katarzyną Kiwierską z Konfederacji Pracy zwolnioną z Dino i Bartoszem Kurzycą z komisji krajowej Inicjatywy Pracowniczej.


Kasia Bielecka: Dlaczego w Polsce jest tak mało strajków?


Bartosz Kurzyca, członek komisji krajowej związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza: Głównym powodem są nieznane w reszcie krajów Unii prawne restrykcje, które wiążą ręce pracownikom w Polsce. Związki działają pod reżimem ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych z 1991 roku. Wywodzi się ona jeszcze ze stanu wojennego. Regulacje te wprowadził aparat Wojciecha Jaruzelskiego w 1982 roku wraz z ustawą o związkach zawodowych.

K: Wcześniej strajkowanie nie było chyba uregulowane

BK: Jak wskazuje choćby prawnik i związkowiec dr Piotr Krzyżaniak, do tego czasu strajk w Polsce nie był uregulowany prawnie - formalnie był jedną z wolności pracowniczych. Ani w Poznaniu 1956, Szczecinie 1970, Łodzi 1971, Radomiu 1976, ani w końcu w sierpniu 1980, władza nie była w stanie skazywać ludzi za strajk

K: A więc skazywała np. za czyny chuligańskie…

BK: Dlatego w sierpniu 1980 strajkujący domagali się regulacji prawa do strajku w sensie takim, aby uzyskać gwarancje bezpieczeństwa i brak represji wobec jego uczestników. O to chodziło w 2. postulacie Solidarności. Już w stanie wojennym Jaruzelski zrealizował opacznie ten postulat: zastąpił wolność prawem tak, że poprzez szereg obowiązków i restrykcji wprowadził w ogóle pojęcie legalnego i nielegalnego strajku. Miało to zagwarantować, że nie powtórzy się fala strajków z sierpnia 1980. To wielki paradoks, ale zaraz po transformacji nowe elity polityczne z obozu Solidarności praktycznie skopiowały prawo Jaruzelskiego i przekleiły je do nowej Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych.

Tyle że od lat 90. wiele się zmieniło. Chociażby to, że nie chcemy już - przynajmniej deklaratywnie - być tym "zapleczem taniej siły roboczej".

BK: W 1991 roku nowe władze miały konkretny interes, aby te restrykcje utrzymać. Terapia szokowa wymagała uniknięcia skutecznej fali strajków. Wzięto ustawę Jaruzelskiego. Nie bez powodu generała nazywa się niekiedy ojcem polskiego kapitalizmu. Fakt ograniczenie strajków potwierdza tezę Karola Modzelewskiego, że Jaruzelski utorował drogę Balcerowiczowi.

Ustawa o strajkach była tarczą dla szeregu reform, które upowszechniły śmieciowe umowy, outsourcing, taśmową prywatyzację i upadek dużych zakładów, osłabiały pozycję pracowników w zakładach pracy. Reformy wywołały największą falą strajków w tym ustroju. Pracy odmówił ponad milion pracowników w niemal 14 tysiącach zakładów łącznie w latach 1992-1993. Wielki strajk okupacyjny w tyskim FSM w 1992 pracownicy wywołali oddolnie przeciwko oddawaniu majątku państwowego zakładu za grosze. Zorganizowali go na wzór strajków w stoczniach w 1971 i w 1980, nie na zasadach ustawy o sporach. Strajk podjęło prawie 20 tysięcy ludzi. Jak wspomina historyk Dariusz Zalega, jego wpływ na ruch pracowniczy w Polsce realnie zagroził ustrojowym przekształceniom Balcerowicza. Ale władze uznawały, że metody i żądania strajkujących są całkowicie nielegalne. Bezprawne stało się już samo adresowanie żądań strajku do władz innych niż dyrekcja danego zakładu. Ostatecznie strajkujący nie zatrzymali planu Balcerowicza. Pomogła mu w tym kryminalizacja spontanicznych strajków według recepty generała Jaruzelskiego. Do dziś to właśnie ustawa o sporach gwarantuje utrzymanie Polski jako zagłębia taniej siły roboczej dla UE. Teraz w praktyce nasze szanse na legalny strajk są jeszcze mniejsze niż w roku 1991.

Jak to?

Katarzyna Kiwierska, była kierowniczka sklepu Dino w Sochaczewie, działaczka związkowa: Mogę opowiedzieć na przykładzie Dino, które ma ponad 3000 sklepów w całej Polsce. Pracownicy pracują na różne zmiany, nie widują się codziennie. Zorganizowanie legalnego strajku i zebranie połowy podpisów z całego kraju jest z zasady praktycznie niemożliwe.

To trochę absurdalne, że bez zebrania głosów we wszystkich trzech tysiącach sklepów nie można zastrajkować w jednym z nich, choćby nie wiadomo, co się w nim działo.

KK: Poza tym dochodzi czynnik ludzki – u nas pracownicy nie mają zagwarantowanego bezpieczeństwa. U nas pracownicy nie mają zagwarantowanego bezpieczeństwa. W handlu i małych miejscowościach, gdzie rozwija się Dino czy Kaufland, innej pracy po prostu nie ma. Uzwiązkowienie praktycznie tam nie istnieje, ludzie nie znają swoich praw.  A pracodawcy żerują na tej niewiedzy, wręcz okłamują załogę, zastraszając ich, że strajk ostrzegawczy to działanie nielegalne i jeśli wezmą w nim udział to może się to skończyć zwolnieniami. Więc ludzie się boją. Nawet jeśli czują, że dzieje się źle i chcieliby walczyć, ostatecznie rezygnują, bo nie mają na to siły ani nawet gwarancji od państwa, że nikt ich za to nie wyrzuci na bruk.

To uporządkujmy. W Polsce, żeby przeprowadzić legalnie strajk, na początek trzeba przeprowadzić rokowania, potem mediacje. Już w międzyczasie zdarza się, że pracodawcy podważają w ogóle legalność samego związku i miesiącami przeciągają mediacje. To dopiero początek procedury strajkowej…

BK: Miesiące to i tak mało - Solidarność w marketach Stokrotka alarmuje, że jej procedura trwa już dwa lata, więc nawet żądania podwyżki przestają być aktualne. Ale największym absurdem jest wymóg referendum strajkowego z frekwencją minimum 50 procent załogi. W tradycyjnych fabrykach jak Jeremias czy Valeo, związki wygrały referenda w ostatnim roku choć szefowie traktowali to jako okazję do sabotowania sporu. Ale dziś zakłady pracy to często rozsiane po całej Polsce magazyny, jak Amazon, albo tysiące sklepów, jak Dino, podlegające pod jedną firmę i jeden numer KRS. Wygranie takiego referendum jest fizycznie niemożliwe. Nawet jak dany magazyn przekroczy próg 50 proc, to nie może podjąć strajku gdy suma głosów w całej Polsce jest niższa. Państwo w ten sposób daje pracodawcom i wyspecjalizowanym kancelariom prawnym gotowe narzędzia do paraliżowania godnego porozumienia i poprawy warunków. Pamiętajmy że połowa wyborów do sejmu w III RP też nie przekroczyła frekwencji 50 procent.

III RP wygoniła protest za bramy zakładu pracy. Zamiast zatrzymania pracy ludziom w Polsce pozwolono na uliczne demonstracje po pracy, które też zaczęto mylnie nazywać strajkami.

A z demonstracji państwo i biznes ostatecznie niewiele sobie robi.

Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale chyba najbardziej rozpoznawalnym strajkiem jest w Polsce Strajk Kobiet…

KK: Przez to, że praktycznie nie mamy prawdziwych strajków pracowniczych, doszło do strasznego rozmycia pojęć. Wszystko nazywa się dzisiaj w Polsce strajkiem. Każdy protest, każda demonstracja, mimo że w ogóle nie odnosi się to do faktycznej odmowy pracy. To jest wielka nasza porażka. Strajk Kobiet pokazał, że ciężko jest demonstracjami osiągnąć sukces, nawet jeśli są masowe, w sytuacji, gdy produkcja idzie i biznes kręci się dalej. A teraz pomyślmy, że nie mówimy o setkach tysięcy kobiet z całej Polski, tylko o pracownikach z małej miejscowości, którzy protestują przeciwko złym warunkom pracy. Jak oni mają osiągnąć swoje cele? Kto ich będzie wspierał ?

BK: Demonstracje mogą mieć sens, jasne. Ale co z nimi gdy trzeba pracować i jeszcze brać nadgodziny. Powiedzmy sobie szczerze: dopóki nie możemy zatrzymać pracy, to najczęściej nie mamy wpływu ani na warunki pracy ani tym bardziej na kierunek państwa. Firmy i rządy wiedzą, że z czasem i tak się wyprztykamy z energii. Ale żaden zakład i żaden ustrój nie jest obojętny na to że ludzie zatrzymują pracę. Polacy w PRL pokazali, że doskonale potrafią korzystać z tego narzędzia. I właśnie dlatego elity III RP nam je tak bezwzględnie odebrały.

Kiedy aktualny rząd nowelizował ustawę o mobbingu, chwalił się, że nareszcie robi porządek z dawno zdezaktualizowaną ustawą, która miała... 20 lat. My rozmawiamy o takiej, która ma 35 lat.

BK: I przez te 35 lat ustawy polskie państwo pozostaje najważniejszym union-busterem, który pomaga pracodawcom przykręcać śrubę pracownikom. Dziś lewicowa ministra pracy stara się pomagać związkom w problemach, których głównym źródłem jest prawo skopiowane od Jaruzelskiego. Ale nadal nie ma w planach zmiany tej ustawy.

Gorzej, dziś polskie państwo nawet de facto finansuje kancelarie zwalczające związki - pozwala firmom wrzucać ich wątpliwą pracę w koszty działalności gospodarczej. Dzięki dojeniu państwa te kancelarie notują zyski większe niż fabryki, które je zatrudniają. Jak w USA, ale tam Kongres proceduje dziś tzw. ustawę No Tax Breaks For Union Busting Act. A polska lewica i rząd nic z tym nie robią. Przy tak szkodliwym prawie każda pomoc PIP czy ministry to jak leczenie plastrem otwartej rany.

KK: A pracodawcy z tego prawa w pełni korzystają. Co więcej państwo stało przez wiele lat po ich stronie. Wiemy przecież, że przez wiele lat Inspekcja Pracy przyznawała tak małe kary dla firm, że taki pracodawca jak Dino czy Kaufland mógł to sobie po prostu wliczyć w koszty. Kwoty rzędu 1300 zł nie są przecież czymś, co taka firma w ogóle odczuje.

Takie korporacje doskonale wiedzą, że w Polsce prawo działa na ich korzyść, bo strajk jest u nas bardzo trudny przeprowadzenia. Ale i to nam się, jako pracownikom Dino, udało. Zorganizowaliśmy strajk ostrzegawczy, w którym wzięło udział więcej marketów niż się spodziewaliśmy, w wyniku czego pracodawca przyznał pierwsze podwyżki w wysokości 300 zł. Presja pracowników działa, ale potrzebują oni silnych narzędzi w postaci przepisów, które pozwolą im korzystać ze swoich praw konstytucyjnych.

W innych krajach przepisy dotyczące strajków są korzystniejsze dla pracowników?

BK: W Polsce tylko ostrzegawczy 2-godzinny strajk jest zwolniony z referendum i jego sukces w Dino pokazuje, że ludzie w tym państwie są gotowi walczyć dalej. Ale wtedy państwo rzuca koło ratunkowe szefowi i mówi głosem Jaruzelskiego: NIE.

Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych to faktycznie ewenement. Często mówi się np. : „No spójrzcie, jak we Francji potrafią walczyć, a my tu w Polsce siedzimy cicho”. Tylko że nie bierze się pod uwagę, że francuskie prawo strajkowe nie kryminalizuje pracowników. 

To znaczy?

BK: Na jednym spotkaniu międzynarodówki związkowej Amazon Workers International zapytaliśmy pracowników magazynów z innych krajów Europy, jak wyglądają ich wymogi dotyczące strajków.

We Francji pracownicy mogą zorganizować legalny strajk choćby i spontanicznie we dwie osoby. Idą do menadżera i mówią, że zatrzymują pracę bo zabrali im pomocnika i robią za trzech. Firma zgarnia ponad 30 procent więcej zysku, a oni dostają w podzięce mandarynkę do obiadu. Menadżer tylko przychodzi sprawdzić czy nic nie płonie, czy nie niszczą zakładu pracy i to jest jego jedyny obowiązek. Negocjacje robią się poważne bo toczą się w wyniku strajku.

Francja jest chyba też postrzegana jako kraj, w którym prawo do strajkowania jest z kolei - przynajmniej na papierze - relatywnie daleko posunięte. Mamy inne wzory do naśladowania?

W Niemczech obowiązek przeprowadzenia referendum dotyczy tylko samego związku zawodowego – intencją tylko zapytanie członków, czy związek jest w stanie udźwignąć strajk organizacyjnie, czy mają na to fundusze, czy to jest dobry okres szczytu zamówień w firmie, i tak dalej.

Polskie prawo jest jednym z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Nigdzie indziej pracownicy nie są trzymani na tak krótkiej smyczy. Jeśli masz jedno konkretne żądanie, pracujesz w tradycyjnej fabryce, a pracodawca po prostu odmawia rozmów, być może jesteś jeszcze w stanie przejść całą procedurę i zaplanować strajk na moment, kiedy będzie dla firmy najbardziej dotkliwy.

Ale proszę sobie wyobrazić 21 postulatów w dużej sieci handlowej. Zanim przejdziemy przez wszystkie wymagane etapy sporu zbiorowego, część tych żądań zdąży się zdezaktualizować, wielu pracowników odejdzie z firmy, a liderzy związkowi będą mieli za sobą kolejne procesy sądowe. Ta procedura jest tak długa i skomplikowana, że w praktyce odbiera pracownikom możliwość skutecznego wykorzystania strajku jako narzędzia nacisku.

Światowe koncerny doskonale potrafią to wykorzystywać.

Polska słynie w Europie jako to miejsce, gdzie można  bezpiecznie "wyeksportować" pracę strajkujących pracowników.

Amazon może na przykład osłabiać strajki w Europie Zachodniej, przerzucając pilne zamówienia do polskich magazynów, gdzie zorganizowanie legalnego strajku jest znacznie trudniejsze. W tym sensie Polska staje się union-busterem dla całej Unii.

Wśród osób zajmujących się prawem pracy niedawno głośno było o decyzji Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, która uznała strajk za część swobód związkowych. Czy to coś zmienia dla związków w Polsce?

BK: Tak, decyzja Trybunału jest jednoznaczna – po latach sporu w środowisku Międzynarodowej Organizacji Pracy, sędziowie MTS uznali strajk wprost jako element swobód związkowych. Regulacja strajku podlega wyłącznie wewnętrznym statutom i regulaminom związku zawodowego. A rolą państwa jest gwarantować bezpieczeństwo do korzystania z tej wolności. Nie można strajku obejmować drakońskimi restrykcjami jak to robi III RP. Dokładnie tego domagali się Polacy w Sierpniu 1980.

Orzeczenie zapadło w maju i zbiegło się w czasie z 35-leciem tej naszej nieszczęsnej ustawy.

Prawnicy związkowi dostali wsparcie Międzynarodowego Trybunału w dowodzeniu, że te wszystkie polskie "etapy sporu" i zakazy wysuwania określonych żądań to de facto łamanie praw pracowniczych.

Co ciekawe, w latach 80. MOP mocno krytykowała dekret Jaruzelskiego, który te restrykcje wprowadzał. Bo Polska tą konwencję ratyfikowała. Ale po upadku bloku komunistycznego, przedstawiciele pracodawców w tzw. Komitecie ds. Standardów MOP zaczęli podważać, że konwencja o wolnościach związkowych (numer 87) gwarantuje prawo do strajku.

W Polsce orzeczenie Trybunału przeszło raczej bez echa, zainteresowała się nim garstka prawników specjalizujących się w prawie pracy. Ale czy jest szansa, że decyzja MOP będzie impulsem do zmiany ustawy?

BK: Trybunał w Hadze daje nam pewien oręż prawny, ale nie sądzę, żeby sam w sobie miał wpływ na polski rząd. Dlatego jako związki zawodowe staramy się wywierać presję. Zespół prawny Inicjatywy Pracowniczej przełożył na projekt ustawy postulaty wychodzące bezpośrednio z zakładów pracy w Polsce. Od różnych związków: Konfederacji Pracy w Dino, Solidarności w Stokrotce, Sierpnia 80 w Valeo, czy naszych doświadczeń w Amazon, Zalando, Jeremias. Mamy porozumienie ponad barwami związkowymi.

Nasz międzyzwiązkowy projekt wpisuje się w treść decyzji międzynarodowego trybunału. Chcemy znieść restrykcje, które nie mają uzasadnienia w prawie międzynarodowym. Z innymi centralami zgadzamy się co do dwóch rzeczy: trzeba znieść referendum z wymogiem 50-procentowej frekwencji i uwolnić strajk od warunków tej nieszczęsnej ustawy.

Pisaliście w tej sprawie nawet do premiera. Coś odpisał?

BK: Już 1 maja wysłaliśmy w tej sprawie list otwarty do Donalda Tuska. Skoro jesteśmy w Europie i premier często odnosi się do wartości europejskich, no to trzeba uznać że mamy takie same żołądki co Niemcy i należą nam się takie same prawa. Ministerstwo Pracy odpisało nam za premiera, że dostrzega problem ze stosowaniem starej ustawy, bo często podejmuje interwencje przeciwko próbom utrudniania sporu. Obecują że uwzględnią głos związków i Międzynarodwego Trybunału Sprawiedliwości, jeśli zaczną procedować zmiany w ustawie.

Czy mnie coś ominęło? Przecież... nie ma planów zmiany tej ustawy.

BK: No właśnie. Rząd niczego takiego nie zaczyna. Dlatego sami we wrześniu formujemy ponad związkowy komitet na rzecz inicjatywy ustawodawczej, zachęcamy ludzi do poparcia i pomocy w zbieraniu podpisów pod oddolnym projektem, aby rząd wyrzucił do kosza prawo Jaruzelskiego. Wspieramy też walkę w Dino i inne akcje pracownicze, które ujawniają problem z tym prawem.

Dla nas jest jasne - nie ma demokracji w Polsce bez demokracji w zakładach pracy. Co się dziwić, że w naszym państwie rosną sympatie do rządów silnej ręki, a prezydentem został bokser.

Co w tym symbolicznego?

Gdy ludzie czują, że nie mają żadnej sprawczości w swoich zakładach pracy - bo kary dla szefów są śmieszne, prawo pracy jest głównie na papierze, a strajk jest zakazany - to liczą że ktoś ten ustrojowy impas sam za nich przełamie. Ludzie szukają „szeryfa”, który przyjdzie i coś zrobi, choćby i z gaśnicą.

Państwo od 35 lat kształtuje takie sympatie u obywateli właśnie poprzez odbieranie im sprawczości na co dzień w miejscach pracy. A to tam spędzamy większość czasu. Kiedy wygrywamy strajk, zaczynamy wierzyć w siłę wspólnoty.

Ale dla przeważającej grupy biznesmenów i dla samego Tuska większym problemem pozostają wolne związki i swoboda strajków niż Braun i Mentzen. Nie warto więc czekać na łaskę władzy, wspierajmy się nawzajem ponad barwami i budujmy siłę pracowników choćby wbrew złemu prawu. Ostatecznie żaden strajk nie jest legalny czy nielegalny - jest tylko wygrany albo przegrany.

Źródło: Gazeta Wyborcza
https://wyborcza.biz/biznes/7,159911,32964850,nigdzie-w-europie-klasa-robotnicza-nie-jest-trzymana-na-tak.html

 

Katarzyna Kiwierska - działaczka związkowa Konfederacji Pracy i pracownica handlu, była kierowniczka sklepu Dino w Sochaczewie. Nagłaśniała nieprawidłowości w warunkach pracy, w tym zbyt niską temperaturę w sklepie. Po włączeniu się w działalność związkową została zwolniona dyscyplinarnie. Aktywnie uczestniczy w sporze zbiorowym pracowników Dino, walcząc o poprawę warunków pracy i przestrzeganie praw pracowniczych. Członkini oddolnej związkowej Koordynacji Solidarności i Walk.

Bartosz Kurzyca - działacz związkowy i społeczny. Reprezentował władze krajowe Inicjatywy Pracowniczej m.in. w strajku w gnieźnieńskiej fabryce Jeremias w 2025 oraz w fabryce Canpack w Brzesku w 2024. Za wsparcie sporów zbiorowych kancelarie zwalczające związki obecnie prowadzą przeciwko niemu siedem postępowań sądowych. Regularnie publikuje i zabiera głos w sprawach problemów pracowniczych w różnych sektorach. Międzynarodowy kierowca zrzeszony w komisji Amazon. Współtwórca oddolnej ponadzwiązkowej Koordynacji Solidarności i Walk zrzeszającej zakładowe komisje wielu związków zawodowych. 

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
514-252-205
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 514-252-205
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.